poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Byle nie na pole

Wjeżdżając na główną ścieżkę rowerową Pola Mokotowskiego Speedy wymusił pierwszeństwo co doprowadziło do kraksy. Mały leżał na ścieżce obok roweru i zaciskając zęby z bólu starał się być dzielny. Drugi uczestnik kolizji wyszedł z niej bez szwanku a był nim brodaty starszy pan w okularach "muchach" na załadowanym tobołami rowerze.

- Ładne rzeczy - brodacz pogroził Speediemu palcem.
- Jakby rower nie był potrzebny, to chętnie go wezmę - zwrócił się do mnie.
- Jaki rower? - nie rozumiałam o co chodzi.
Brodacz wskazał na własność Speediego.
- Ten.
- To jest rower dziecka, jest mu potrzebny.
- Wie pani, jestem lekarzem - brodacz popadł w zadumę po czym wrócił do sedna swojego wywodu - Taki rower by mi się przydał. Jeśli nie jest potrzebny...

Czym prędzej opuściliśmy miejsce wypadku.
- Co za katamaran, stary śmietnik, kupa złomu! - pomstował Speedy - Niech sobie ukradnie swój własny rower!

Na Polu Mokotowskim widzieliśmy puste butelki po wódce natknięte na gałęzie drzew, grupkę psów - ludojadów hulających bez smyczy i zataczającego się faceta wywrzaskującego pretensje do rzeczywistości.

- Mamo - spytał Speedy - Czy można być pijakiem i wariatem jednocześnie?

***
Pole Mokotowskie

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza